W jej ślady poszły koleżanki. Były świetne akcje dwójkowe, trójkowe, ale nie potrafiły ich zamieniać na punkty. Ładnie to wyglądało dla oka, ale za wrażenia artystyczne nie przydziela się punktów w tej dyscyplinie. Piłka po takich akcjach musi wpadać do kosza. Jeśli nie pomagło się szczęściu, to ono odwróciło się od podopiecznych Mirosława Ćwikla. Chociaż gospodynie pierwszą kwartę zakończyły dwupunktowym prowadzeniem. Dlatego że przyjezdne nie grały rewelacyjnego basketu i również miały problemy z trafianiem do „dziury”. Niemniej u nich procent celnych rzutów poprawił się w drugiej ćwiartce, a u nowotarżanek spadł. Nie było jednak przesłanek do paniki. Na przerwę gospodynie schodziły z jednopunktowym mankiem.

Tragedia rozpoczęła się po zmianie stron. Nowotarżanki same komplikowały sobie grę, niecelnymi podaniami, głupimi stratami piłek. Niektóre dziewczęta miały problemy z łapaniem piłki, jakby pierwszy raz miały styczność z tym przedmiotem. Trudno się dziwić, że przyjezdne szybko odskoczyły na odległość 10 punktów (30:40). Trener zmieniał zawodniczki, ale gry lepszej nie było. Rzuty z nieprzygotowanych pozycji, nieloty, a nawet poza tablice. To na tym poziomie nie przystoi. Nie potrafiły ulokować piłki w koszu nawet, gdy przeciwniczki nie atakowały, zostawiały im ”autostradę”. Ten ponury obraz meczu został ubarwiony humorystycznym zachowaniem trenera Gorców. Na minutę i 44 sekundy przed końcem trzeciej kwarty jakiś kibic rzucił śnieżkę na boisko. A że nie było, czym wytrzeć parkietu, Ćwikiel próbował ściągnąć polar. Miał już go na głowie, ale zreflektował się i naciągnął na siebie.

Nie wiem czy ta zabawna sytuacja nie podziałała mobilizująco na góralki, bo na początku czwartej części szybko doszły rywalki na 4 punkty i miały dwie kontry. Niestety nie doszło do finalnego podania, bo piłka była niedokładnie dograna. Na dodatek za pięć przewinień z parkiety spadła Jachymiak. – To koniec. Nie ma kto poprowadzić gry – powiedział trener.
Od tego momentu zaczął się festiwal „sztywnych rąk”. Wszystkie podania góralek były na granicy ryzyka i w większości nie dochodziły do adresata. Tarnowianki w odstępie 90 sekund wywalczyły 13-punktową przewagę i było posprzątane.

- Przegraliśmy na własne życzenie, bo Tarnów nie grał rewelacyjnych zawodów – mówi szkoleniowiec Gorców, Mirosław Ćwikiel. - Mieliśmy uważnie grać w obronie i z niej wyprowadzać ataki, które dałyby nam taką ilość punktów, która pozwoliłaby nam na swobodne prowadzenie gry. Niestety w pierwszej kwarcie, po dobrych akcjach nie trafiliśmy spod samego kosza. Zmarnowaliśmy sześć punktów, które mogły nam pozwolić na trochę kombinacji w ataku, zmianę rytmu. Tymczasem nie zastawialiśmy, oddawaliśmy niecelne rzuty, nie zbieraliśmy piłek również w obronie. Nie potrafiliśmy sobie poradzić z prostą grą przeciwnika. O ile grał zorganizowaną zagrywkę, to dawaliśmy sobie z nią radę. Jak penetrował nie było rotacji w obronie. Do tego starty na połowie przeciwnika. Pilki nie dochodziły do koleżanek, bo podania były niechlujnie. W taki sposób wykonywane, że przeciwnik mógł się dobrze ustawić do przechwytu.

Gorce Steskal Nowy Targ – UKS Koszyce/Pałac Młodzieży Tarnów 54:69 (14:12, 12:15, 16:21, 12:21)
Gorce: Piędel 16 ( 2x3), Jachymiak 12, Długopolska, Perhon, Słaby 2, Lasak 4, Florek 2, Lasyk 3, Przybyło, Szopińska 4, Nykaza 11 (2x3). Trener Mirosław Ćwikiel.
Tekst Stefan Leśniowski
Zdjęcia Mateusz Leśniowski










