- Jesteśmy biznesmenami z sześciu różnych miast kochający tą grę. Żaden z nas nie był profesjonalnym hokeistą. Nie gramy regularnie ze sobą. Spotkaliśmy się tuż przed wyjazdem – powiedział kapitan Calgary Remay, Ken Eddy, który paradował z rozciętą raną pod okiem, od uderzenia krążkiem, po rykoszecie.
- Byliśmy przygotowani na zdecydowanie mocniejszego rywala. Tymczasem dotarli do nas amatorzy – mówi Jacek Kubowicz. – Na podstawie rozegranych spotkań w naszym kraju, gdzie przegrali z Cracovią 6:8, którą pamiętamy z dobrej strony z mistrzostw Polski, wnioskowaliśmy, iż będzie to mocy team. Dlatego zagraliśmy na cztery piątki.
Czwarta formacja była najmłodsza, która jeszcze śmiało mogłaby grać w lidze. – Nie jesteśmy jeszcze oldbojami, ale od roku już trenujemy. Zaakceptowano nas w drużynie i dobrze się bawimy, by nie mieć brzucha – powiedział Mateusz Malinowski.

Był to spektakl jednego aktora. Nowotarżanie długimi minutami zamykali gości w ich tercji obronnej, kręcili kręciołki, wkręcając ich w lód. W pierwszej tercji zdobyli pięć goli, a wszystko po składnych, zespołowych akcjach.
– Popatrz, jaki Dziubek jest najeżdżony. Widać, że trenuje z naborem – szydzili niegrający koledzy. Tymczasem czas Dziubińskiemu się zatrzymał. Nadal zadziwia białogłowy dokładnością podań, pełnym luzem i zaangażowaniem. Krążek go słucha i tylko żałowano, że nie zdobył gola. Miał kilka okazji, a najlepszą w końcówce meczu.
Od drugiej tercji zaczęła się zabawa w kotka i myszkę. – Strzeliliście najwięcej bramek ( to do czwartego ataku), to dopuście ich do sytuacji sam na sam. Niech oni też mają radochę – namawiał Dariusz Sikora. Co z tego, skoro Kanadyjczycy nie umieli tego wykorzystać. Inna rzecz, że w bramce stał nie byle kto, olimpijczyk z Albertville, Marek Batkiewicz. Dopiero tuż przed zmianą z Gabrielem Samolejem skapitulował.

- Zluzujmy. Nie upokarzajmy ich, bo nas nie zaproszą – padło hasło w boskie od Jacka Kubowicza. Górale nie bronili tak jak w pierwszej tercji i hokeiści „Klonowego Liścia” dochodzili do dobrych strzeleckich pozycji. – Popatrz jak on łapie, jak w Calgary. Chyba ma patent na Kanadyjczyków – śmiał się Tomasz Ścisłowicz.
W 1988 roku podczas igrzysk olimpijskich Samolej dokonywał cudów polskiej bramce, w meczu z Kanadą. Gospodarze liczyli na wysoką wygraną, a zdobyta już w 5 minucie przez Habscheida bramka tylko ich w tym upewniła. Tymczasem mijały minuty, a wynik się nie zmieniał. Kanadyjczycy wychodzili wprost ze skóry, żeby pokonać polskiego bramkarza, ale ten wszystkie krążki wyłapywał lub odbijał. Teraz też tak było. Wydawało się, że zakończy mecz na zero. Nie udało się, zabrakło 14 sekund.
- Cieszę się, że gra nam się układała. Nie był to jednak tak mocny rywal jak w 2004 roku. Wtedy przyjechała mocna drużyna. Wygraliśmy tylko 5:3, po bardzo zaciętym boju. Byliśmy jednak wtedy młodsi – mówi 62- letni, Józef Batkiewicz, który od zeszłego sezonu dowodzi zespołem. – Tak postanowiła drużyna. Mam marzenie, by wystąpić jeszcze w Sanoku w mistrzostwach Polski, w 40 rocznicę występu na igrzyskach olimpijskich w Sapporo, gdzie zajęliśmy 6. miejsce.

Old Boys Podhale Nowy Targ – Old Boys Remay Calgary 13:2 (5:0, 4:1, 4:1)
Bramki: Zaręba 2, Słowakiewicz 2, Gil 2, Furca, Sikora, Puławski, Malinowski, Jękner, A. Zych, Kubowicz – Richter 2.
Old Boys Podhale: Batkiewicz (30:42 Samolej); R. Szopinski – A. Zych, Różański – P. Zych, Puławski – Szlachtowski, Piotrowski – Trzópek; Kubowicz – Furca – Słowakiewicz, Sikora – Tomasik – Dziubiński, Jękner – Gil – Mizera, Malinowski – Koszarek – Zaręba. Coach Józef Batkiewicz.
Old Boys Remay: Dawe (30:42 Giles); Schmidt – Chaddock, Golden – Philips; Eddy – MacIntosh – Parker, Richter – Yuzdepski – Neal, Moss - Teghtmyer – Sellers.

Stefan Leśniowski










