10.03.2010 | Czytano: 1193

Stawiałem sobie wyższe cele

Kopę lat – zagadnąłem Sebastiana Pajerskiego, byłego gracza Podhala Nowy Targ, który był pierwszoplanową postacią hokejowych zmagań podczas Igrzysk Polonijnych.

- Siedem lat minęło, gdy wyjechałem z kraju i nie występują już na ligowych taflach – przypomina. Nic ze swojej świetności nie stracił. – Technika kija zostaje, gorzej z kondycją, ale nie ma zbytnio czasu, by poświęcać się hokejowi – tłumaczy. – Trenuje tylko raz w tygodniu i to nie zawsze. Rodzina, praca to w tej chwili jest na pierwszym miejscu. Przyjechaliśmy się tutaj zabawić. Mogliśmy wystawić zdecydowanie mocniejszą ekipę. Brakuje Darka Zabawy, Mariusza Trzópka, Pawła Bomby... Przyjechaliśmy na własny koszt, sponsora mieliśmy tylko na kurtki i koszulki. Między innymi dlatego tak trudno było zebrać skład. Z pracą w Stanach jest krucho i każdy jej pilnuje. To, że tutaj jesteśmy, to zasługa Marka Batkiewicza i Piotrka Chudoby.

Pajerski wyjechał z kraju w najlepszym dla sportowca wieku. Miał na koncie tytuł mistrza kraju zdobyty z „Szarotkami” (1994 r.), dwa udziały w mistrzostwach świata i tytuł najlepszego strzelca w sezonie 2002/03 podczas gry w przewadze. Mógł się rozwijać...

/uploads/galleries/l/ad25aefee6d9f7dc12408e65262fbb18.jpg

- Tak samo myślałem – wyznaje. – Stawiałem sobie wyższe sportowe cele. Zapragnąłem dostać do lepszych lig niż polska. Próbowałem się przebić, ale się nie udało. Wtedy stwierdziłem, że jeśli mam grać na średnim poziomie, to lepiej zrezygnować. Polska liga wszyscy widzieli jaka była i jak jest. Widziałem mecz z Tychami, chłopaki zmietli z lodu przeciwnika. Super zagrali. Z kilkoma grałem w jednej drużynie. Serdecznie życzę im, by pokonali Cracovię w finale.

Pajerski pięć sezonów grał w koszulce z szarotką na piersi. Pierwszy raz ubrał ją w sezonie 1993/94. Cztery sezony później, po nieudanym ataku na ekstraklasę z warszawską „szkółką” ( w ostatnim barażowym meczu, po wyjeździe Hnilička był rezerwowym bramkarzem), wyjechał za Ocean podnosić swoje hokejowe umiejętności.

- Niespodziewanie odezwał się mój menedżer, który zaproponował mi udział w obozie farmerskiego zespołu „lotników” z Filadelfii. Nie mogłem odmówić, to była moja życiowa szansa – twierdzi były skrzydłowy Podhala. – 50 zawodników obserwowanych było przez sztab szkoleniowców. Nie przebierano w środkach, każdy walczył o miejsce w drużynie tak zawzięcie, że nieraz krew się lała. Nie ma się czemu dziwić, gdyż tylko 18 „łapało” się do drużyny. Po dwóch tygodniach katorgi skierowano mnie do zespołu Indianapolis Ice, farmy zespołu Mighy Duks. Po zakończeniu sezonu miałem okazję wznieść nad głowę główne trofeum ligi – Miron Cup, nagrodę dla najlepszej drużyny Central Hockey League. Satysfakcja była tym większa, że w finałowej serii wpisałem się na listę strzelców, a dwa razy trafiłem do protokołu zawodów jako asystent. Ostatni sezon mojego pobytu zza Oceanem był dość pechowy. Złamano mi nos i miesiąc miałem rozbrat z hokejem. Przez pół sezonu broniłem barw Indianapolis Ice, a potem przeniosłem się do drużyny Macon Whoopee występującej w tej samej lidze. Po sezonie wróciłem do kraju, rozegrałem dwa ligowe spotkania w barwach KTH Krynica i ponownie wyjechałem do USA. Byłem na obozie w Columbus Cottonmouths, farmerskiej drużynie Edmonton Oliers, a potem pięć spotkań rozegrałem w Kansas City.

/uploads/galleries/l/12d40c1f3e2f0dbdef33d25776a844fb.jpg

Nie zobaczyliśmy po latach firmowego zagrania Sebastiana. Przed nim drżeli bramkarze. Przy najeździe na bramkę, zostawił krążek z tyłu, co mogło sugerować, że go zgubił. Bramkarz robił ruch bądź klękał, a on wtedy za nóg lokował go w okienku bramki.

Jest szansa, że jeszcze zobaczymy Sebastiana w barwach Podhala, tyle, że Old Boys. – Jeśli tylko dotrwam dwa lata, to jak najbardziej pomogę kolegom z Old Boys Podhale. Mają super drużynkę – powiedział na zakończenie.

Stefan Leśniowski

Komentarze







reklama