08.11.2022 | Czytano: 7598

Warto iść pod prąd

„Powiedz mi, o co ci w ogóle chodzi? Powiedz mi, po co ci te kombinacje? Nie musimy się katować nienormalną sytuacją” – tak zaczyna się utwór „To co czujesz, to co wiesz”.


 
Największy przebój zespołu Brygada Kryzys. Pod nosem spokojnie mogliby go nucić fani Podhala, patrząc na to, co wyprawiają ich hokeiści. Już samo zerkanie w ligową tabelę może wywołać u nich spore zdenerwowanie, bo ich „Szarotki”  znajdują się na samym dnie. Jeszcze bardziej może fanów dziwić poziom jaki ich ulubiony klub prezentuje już kolejny  sezon. Wystarczy tylko przejrzeć  komentarze na forach, w których nie zostawiają suchej nitki na działaczach, trenerach i obcokrajowcach. Zmienić, zwolnić, wyrzucić – to najczęściej używane słowa. Trudno się dziwić takim zachowaniom jeśli w sercu ma się klub, a ukochany zakopuje się w głębokiej dziurze. Niżej podpisanego też boli serce, bo z tym klubem jest związany od pierwszego sukcesu, brązowego medalu w 1958 roku.  Od dawna już nikt nie pamięta o medalach, pucharach czy dobrym poziomie gry, który pozwalałby wypełnić halę po brzegi.  Zgoda,  były w tych dwóch rundach, jednorazowe wyskoki, ale te jaskółki jakoś wiosny nie uczyniły. Jedenaście porażek z rzędu to naprawdę bolesny bilans dla wiernych kibiców.  Chociaż ci powinni zdawać sobie sprawę, że z drużyną utworzoną ad hoc na sukcesy nie można  było za bardzo liczyć.
 
Nie jest problemem taktyka, trenerzy czy brak zawodników. Problemem jest wyrównany średni poziom wszystkich zawodników. Nie ma liderów, nie ma kto wziętość ciężaru gry na siebie. Słabi stranieri tego nie potrafią, bo… Wystarczy spojrzeć na ich CV, które jest bardzo wymowne.  Tym bardziej w rolę liderów nie wcielą się młodzi wychowankowie, z małym doświadczeniem w PHL, a niektórzy nawet z zerowym. Nie można oceniać młodych zawodników z punktu widzenia wyników i tego co prezentują jako całość drużyny. Nie można również będzie ich ocenić za dwa – trzy lata,  gdy nie stworzy im się odpowiednich warunków i możliwości do rozwijania swoich umiejętności. Winna nie jest taktyka, bo ona w niektórych meczach była realizowana,  czy też słabe przygotowanie drużyny, lecz brak konia pociągowego. Głównie błędy indywidualne i niedociągnięcia są odpowiedzialne za większość porażek. O tym może świadczyć choćby ostatni mecz z Unią. Prowadzimy 3:0 i w odstępie kilkunastu sekund dajemy sobie ten spory kapitał odebrać. Jeszcze 182 sekundy przed końcem obejmujemy prowadzenie i też tego nie potrafiliśmy utrzymać do końcowej syreny. No i przegrywamy w dogrywce.
 
Sukces kroczy przed upadkiem. Taka jest proza życia na naszym sportowym podwórku. Zaczyna się od dobrego planu, odpowiedniego składu personalnego, wiedzie przez ciężką pracę i konsekwencję. Budowanie drużyny to skomplikowany proces. Przy odpowiednim podejściu i furze szczęścia kończy się na najwyższym stopniu podium. Puchary, medale, impreza na zakończenie zwycięskiego sezonu i …zjazd po równi pochyłej. Dlaczego? Bo za chwilę bogatszy rywal wyciągnie z twojego zespołu największą gwiazdę, a ta nie jest w stanie przejść obojętnie obok potrojonej kwoty wynagrodzenia oferowanej przez konkurencję. Trudno mieć pretensje do wychowanków, że korzystają z ofert konkurencji, bo ich termin ważności jako zawodowców jest bardzo krótki, więc trzeba do maksimum wykorzystać nadarzające się szanse. To krok od wielkiego sukcesu i taka sama odległość dzieli nas często od tytułu największych przegranych.
 
Bycie ubogim krewnym nie powinno wpędzać nas w kompleksy, bo to jest idealna platforma do startu w kierunku świetlanej przyszłości. Jeśli masz pomysł, a na dodatek do swojego projektu zaangażujesz odpowiednich ludzi, jest to podstawa, by marzenia stały się rzeczywistością. W taki sposób zaczynało wiele małych klubów, w tym Podhale, przełamując hegemonię Legii oraz Górnika, i takim sposobem dotarło na sam szczyt.  Stało się marką rozpoznawalną nie tylko w kraju. Kierunek wskazali poprzednicy i tylko trzeba go powielić z dostosowaniem do współczesności.
 
Jaka jest zatem recepta? Zmieńmy  system budowania drużyny i w długofalowej perspektywie przygotujmy się, żeby w PHL świecić przykładem, a nie dawać argumenty zwykłemu kibicowi, który z nudów usiądzie przed laptopem, aby zdobyć  materiał na meny.
 
Przez kilkanaście ostatnich lat nikt nie zwracał uwagę na szkolenie. Spółki nie były zainteresowane, by oprócz pierwszej drużyny mieć pod swoimi skrzydłami juniorów. To był poważny błąd -  nie mieć zabezpieczenia na finansowe kryzysy, jak to drzewiej bywało. Dawniej gwiazdy odchodziły do bogatych klubów, ale było zaplecze, które nie było od nich gorsze i szybko dostawało się do drużyny narodowej.  Mimo obecnych  kłopotów  wydaje się,  że  z jednego rocznika znalazłoby się 2-3 zawodników z perspektywą. A wtedy  można za 3-5 lat myśleć już o jakiś solidnych podstawach.  Ale nikt nie przeskoczy z pierwszej ligi, która jest  tylko z nazwy, do poważnego grania. Chłopakom trzeba dać liderów. Zawodników, od których mogą się uczyć i podnosić swoje umiejętności. Tak było w  latach, gdy „Szarotki” radowały kibiców swoją grą i zasypywały  medalami. Wtedy nie było armii obcych, ale 2- 3 dobrych stranieri.  Zawodników, którzy grupę „pociągnęli”, wskazali  kierunek działania. Tego brakuje w ostatnim okresie w nowotarskim klubie. Uważam, że wystarczyłoby 5-6 obcych graczy, ale prawdziwych liderów, którzy potrafiliby ten zespół pociągnąć i dać przykład młodym  swoim doświadczeniem, umiejętnościami, ciężka pracą, podejściem mentalnym. Czy 5-6 zawodników to wiele? Wydaje mi się że nie! Dobrze uzupełniając i wplatając w nich młodych zawodników mielibyśmy dwie dobre piątki, a na dwie kolejne  mamy zawodników uzupełniających, który wychodząc na zmianę daliby oddech liderom.  Szukanie liderów to również nie tylko czynnik sportowy, ale i marketingowy. Wzorem najlepszych klubów odbudowa drużyny zaczyna się od znalezienia lidera. Kapitana, który jest perspektywą nie na jeden sezon, ale na całą dekadę. Gościa, który rozumie całą organizację, ale i organizacja jest budowana pod niego. Ktoś kto jest liderem na lodzie, wzorem w szatni i na treningach, ale również ktoś medialny. Na takich ludziach opierają i budują kluby NHL swój sportowy poziom, ale również medialny. Niestety od jakiegoś czasu, wszystkim w mieście i klubie brakuje odwagi, by cierpliwie budować coś od podstaw. Nikt nie potrafi pogodzić się z tym, że czasem nie warto wywalać pieniądze i czas w coś co nie rokuje. Trzeba zbudować od nowa, przestać wszywać kolejne łaty do spodni. W NHL każdego sezonu są 2-3 drużyny, które pozbywają się swoich bohaterów, ulubieńców kibiców – tylko po to, by zbudować coś nowego. Robią to cierpliwe 3-5 sezonów. Czasem tułając się jak „frajerzy” na samym dnie, by potem wychylić szampana z pucharu.
 
Wszyscy mamy swoje ograniczenia, ale oprócz tego, że wskazujemy palcem na hokeistów, wytykając ich niedoskonałości, warto rozmawiać o tym  jak wykorzystać  miejskie pieniądze, na budowę trwałych fundamentów. Nie idźmy na łatwiznę, bo nie chodzi o to, żeby było łatwo, lekko i przyjemnie. Nie zmiana tylko dla zmiany, ale w poszukiwaniu jakości i to na lata. Najwyższy czas zjednoczyć się dla dobra hokeja w mieście. Wszyscy związani z hokejowym środowiskiem, którym leży na sercu ta dyscyplina i klub, niech wywierają presję w klubie o nowe struktury, o lepsze szkolenie, o budowę czegoś na lata, a nie na jednorazowy sukces, którego i tak brak.  
 
Stefan Leśniowski
 

Komentarze









reklama