10.02.2010 | Czytano: 1290

W nietypowej roli

Do końca spotkania Podhale Nowy Targ – GKS Tychy brakowało 33 sekund. Gospodarze prowadzili 4:2, gdy do akcji ruszyły dwa „koguty” - Marcin Kolusz i Michał Kotlorz. To rzadki obrazek na tafli w wykonaniu Kolusza. On raczej stroni od bokserskich pojedynków na lodzie. Skupia się na rozgrywaniu krążka i strzelaniu goli. Musiał się nieźle wkurzyć.

- Dałem się wyprowadzić z równowagi – przyznaje Marcin Kolusz. – Prowokował. Nie mogłem sobie pozwolić, by mnie kijem obkładał. Był wściekły, bo kilkanaście sekund wcześniej nadział się na mój bodiczek. Widocznie poczuł uderzenie na bandzie, bo szybko przystąpił do kontrofensywy. Uderzył mnie dwa razy kijem. Uderzenie w rękę mocno mnie zabolało.

Sędziowie mieli problemy z ich oddzieleniem. Kolusz powalił na lód Kotlorza i dopiero wtedy liniowi rzucili się na zawodników. Gdy zostali rozdzieleni bardzo agresywny był Kotlorz. Sędzia nie mógł go utrzymać. – Chciał dalej walczyć, ale sędziowie zrobili to co nich należało. Leżeliśmy na lodzie, więc musieli przerwać walkę. Takie są zasady - twierdzi nowotarski napastnik. 

 

Marcin dołączył do zespołu dopiero w listopadzie. Nie dosłownie, bo trenował z nim, ale nie mógł wystąpić w spotkaniach ligowych. To efekt kary dyskwalifikacji, która ciągnęła się za nim po felernych toruńskich mistrzostwach świata. Po powrocie szybko wrócił do dobrej dyspozycji. Strzelał gole godne kamer telewizyjnych. Obojętnie z kim grał i na jakiej pozycji radził sobie wyśmienicie. W kilku spotkaniach występował w roli środkowego. Gdy wrócił nominalny center Krzysztof Zapała, kolega z bramki Krzysztof Zborowski (nie grał wtedy) przeprowadził ranking „środkowego”. Jedną tercję na środku grał Kolusz, drugą popularny „Kazek”. Wyszli na remis, a Kolusz... wrócił na skrzydło.

- Na moją postawę spory wpływ miała absencja w 18 spotkaniach – tłumaczy Marcin Kolusz. – Wejście sezon nie było łatwe, podobnie jak drużyny. Niemniej od pierwszego występu starałem się walczyć i grać jak najlepiej potrafię. Mam nadzieję, że właściwa forma przyjdzie w play off. Tworzymy ciekawy kolektyw, który z każdym meczem się rozkręcał. Możemy z każdym wygrać, ale musimy też pamiętać, że rywale łatwo się nie poddadzą. Starsi zawodnicy muszą pokierować młodymi chłopakami, wyzwolić w nich ducha walki, a jak trzeba będzie przyhamować ich temperament.

/uploads/galleries/l/98f05301acf67170338e0bb8388d1865.jpg

Po rezygnacji generalnego sponsora firmy Wojas SA i braku nowego, w Podhalu się nie przelewa. To, że klub ma długi nie jest żadną tajemnicą. Ma również zaległości wobec zawodników, którzy dopiero kilka dni temu dostali wynagrodzenie za listopad. Od początku sezonu z regularnością wypłat są problemy, a hokeiści walczą, jakby nigdy nic.

- Rzeczywiście nie wiemy, czy w przyszłym sezonie będzie istnieć drużyna. Mamy zapewnienie władz, iż to co nam się należy dostaniemy. Na razie koncentrujemy się na grze. Jeśli wychodzimy na lód, to staramy się grać jak najlepiej. Nie myślimy o problemach, chcemy w tym sezonie ugrać jak najwięcej – zapewnia Marcin Kolusz, który długo się zastanawiał jaka jest jego przynależność klubowa. Jedni twierdzą, iż jest graczem MMKS, inni, że wolnym.

– Nawet nie wiem – twierdzi zaskoczony. - Chyba jestem zawodnikiem MMKS, bo definitywnego transferu nie było, mimo iż skończyłem 23 lata.

Stefan Leśniowski

Komentarze







reklama