07.04.2021 | Czytano: 9321

Cudze chwalicie…

Cudze chwalicie, swego nie znacie – to porzekadło jak ulał pasuje do sytuacji w polskim hokeju.



 
140 obcokrajowców wystąpiło na polskich taflach. Byli też tacy z podwójnym obywatelstwem (liczymy to pierwsze), a dwóch zaliczyło dwa kluby. Nie jest to 50% wszystkich graczy, którzy pojawili się na tafli, ale trzeba zaznaczyć, że Polacy w najważniejszych momentach sezonu odstawieni zostali na boczny tor. Przemknęli przez taflę niczym meteor, by tylko spełnić wymogi regulaminowe o grze dwóch młodzieżowców.  Potem zespoły zbudowane były w większości  z obcych.  Prym w zatrudnianiu obcokrajowców wiodła Cracovia, w której 25 graczy z obcym paszportem wyjechało na ligowe tafle w trakcie sezonu. Po 20 stranieri mieli torunianie i oświęcimianie, a Zagłębie – 17.  Najmniej z usług obcych skorzystali gdańszczanie – 4 i Sanok – 6. W Podhalu zagrało – 14, to mniej niż w sezonie 2019/20, kiedy ich było 18.  
 
Budowanie zespołu Cracovii skrytykowała ikona tego klubu, Roman Steblecki. Powiedział: -  Marzy mi się, by drużynę konstruowano nie dla osiągnięcia szybkiego wyniku  i za wszelką cenę. Chciałbym, aby stopniowo tworzono solidne fundamenty, a potem jedynie dokonywano korekt. Jak to jest w  JKH.
 
Każdy z nas ma ulubiony sklep, wybrany ze względu na bliskość, przystępne ceny bądź wysoką jakość produktów. Przez wiele lat obowiązał w naszej lidzie wschodnio – południowy bazar. Tylko nieliczni byli z  krajów nie leżących na wschód i południe od nas. Z roku na rok ten kierunek zaczyna się zmieniać. Co prawda w minionym sezonie nadal dominował jeszcze kierunek wschodni, bo aż 50 graczy łącznie  z Rosji, Białorusi, Łotwy, Litwy i Kazachstanu znalazło zatrudnienie w polskich klubach. Najwięcej Rosjan wystąpiło w barwach toruńskiej drużyny – 13. Nadal atrakcyjny jest towar z południa. Z Czech i Słowacji grało 35 hokeistów. Jednak coraz bardziej kluby zaczęły się przerzucać na zachodnie markety. Sięgnięto po 19 Finów i 17 Kanadyjczyków.  Okazuje się, że nie wszystko co w nazwie ma „luksusowy”,  w użyciu okazuje się towarem wysokiej jakości. Wiele bubli  sprowadzono z tego obszaru, choć nie tylko z tego. 
 
Sezon pokazał, że działacze cudze chwalą, a tymczasem to Polacy  ograli najemników, nieraz z bogatym CV. Mistrzów można wychować – trafnie zauważył  „PS” oceniając mistrzów Polski z Jastrzębia. To była najbardziej zrównoważona ekipa, z dziewięcioma obcokrajowcami w przekroju sezonu, ale z największą liczbą krajowych graczy, a wśród nich wielu to wychowankowie. Stranieri byli tylko uzupełnieniem, ale bardzo wartościowym. Podhale kiedyś też tak budowało skład –wychowankowie plus dwóch, trzech świetnych  graczy  z obcym paszportem ( Odincow i Powieczerowski, Agiejkin i Siemierak, Ahlroos i Koivunoro, Aleksiejew, Gusow i Prima, Baranyk i Barklik czy Biezais i Ogorodnikow) i efektem były medale, często w kolorze złotym.  
 
- Tak powinny być budowane polskie zespoły. JKH dał przykład i receptę na sukces - cierpliwość i  systematyczna praca – podkreślają eksperci.  - W sporcie nie decydują pieniądze, ale walka, konsekwencja i dobre przygotowanie. Uczciwa i cierpliwa praca – dodawał  twórca sukcesy trener Robert Kalaber.
 
Przyćmił najemników Rudolfa Rohaczka również Damian Kapica.   Niechciany po poprzednim sezonie, szukał szczęścia w Bratysławie, ale w końcu wrócił pod Wawel i stał się kluczową postacią Cracovii. To on „ciągnął”  zespół.  Nas może cieszyć, że to wychowanek Podhala, a także to, że w decydującej fazie z trójki Polaków w składzie Cracovii, kolejni dwaj również byli z  nowotarskiego chowu  – Sebastian Brynkus i Łukasz Kamiński. Można tylko żałować, że nie świadczą usług w macierzystym klubie.  
 
Autorytety polskiego hokeja biją na alarm. Coraz częściej mówią oficjalnie, że taka ilość obcokrajowców zabija polski hokej. Jeśli mnie pamięć nie myli to tylko dwa lub trzy kluby były przeciwnej lidze open, ale regulamin został zaakceptowany. Nawet ci co byli przeciwni dali się potem  skusić ofercie.  Zwolennicy regulaminu uzasadniali, że wreszcie nasi zawodnicy nie będą dyktowali wysokich warunków płacowych.
 
- To bzdura – twierdzi wielokrotny reprezentant kraju, trener, Waldemar Klisiak.  -  Sezon pokazał, że kilku naszych zawodników przewyższa umiejętnościami większość obcokrajowców i byli liderami w swoich zespołach. W naszej lidze trzeba postawić na jakość, a nie na ilość obcokrajowców. Argument, że chcemy mieć wysoki poziom ligowy i obserwować ciekawe mecze, do mnie nie przemawia. Powiem nieco sarkastycznie: chcesz oglądać takie spotkania najlepiej jedź za ocean.
 
Waldemar Klisiak zwrócił uwagę na jakość sprowadzanych graczy. A z nią nie jest dobrze.  Jeśli ktoś  nie mieści się w składzie zagranicznego klubu, gra ogony, bądź zespół odpada z rywalizacji, to jest do wzięcia. Kogo stać w naszym kraju, ten zatrudnia. Cracovia tak czyni od wielu lat, oczywiście w majestacie prawa. To, że Rudolf Rohaczek, trener z najdłuższym stażem w Polsce, nie wychował ani jednego gracza, to już nikogo nie interesuje. Robert Kalaber jest krócej, ale  wybrał inną drogę.
 
Sławomir Wieloch, olimpijczyk z Albertville  zauważył bardzo ważną rzecz. -  Kibice utożsamiają się z hokeistami ze swojego miasta i chętnie widzieliby jak najwięcej swoich w składzie. Rodzimi hokeiści, i to nie tylko młodzi, są postawieni w niezwykle trudnej sytuacji, bo tracą miejsce w drużynie i szukają w innej. Jeśli jej nie znajdują wybierają inną ścieżkę w życiu. Trenowali przez wiele lat, kochali to, co robią, a tu nagle muszą szukać innego zajęcia. Rezygnują z gry, bo ktoś wcale nie jest lepszy, tylko posiada obcy paszport.
 
Podziela tę opinię Krzysztof Zapała, wielokrotny reprezentant kraju. - Obecna sytuacja w naszych klubach jest wielce krzywdząca dla naszych hokeistów. Na luksus marnotrawienie rodzimych hokeistów po prostu nas nie stać.
 
Od trzech sezonów bije na alarm Gabriel Samolej, trzykrotny olimpijczyk. - Jak ktoś myśli, że podniesie to poziom polskiego hokeja, to jest w wielkim błędzie. A argumenty, że obcokrajowcy są tańsi, niech wszyscy włożą między bajki. Mam kontakt z młodzieżą i wiem, że coraz mniej mają motywacji do uprawiania tego sportu, bo zdają sobie sprawę, że przy aktualnej polityce klubów, nie dostaną szansy gry w pierwszym zespole. Związek podjął decyzję, że liga jest open i on za to odpowiada.  Niedługo obudzimy się z ręką w nocniku, chyba, że komuś zależy, by z reprezentacją jeździć na wyspy Hula - Gula. Wstydziłbym się dopuścić do takiej sytuacji. Gdybyśmy byli Kanadą, Stanami Zjednoczonymi,  to na ligę open moglibyśmy sobie pozwolić, bo jest tam armia własnych hokeistów.   W naszej sytuacji  jest to nierealne.
 
Kondycja polskiego hokeja jest marna. To żadna tajemnica. Milionowe długi centrali, a reprezentacja wałęsa się w trzeciej lidze światowej.  To na pewno wynik skromnych możliwości finansowych, chociaż z drugiej strony znajdują się pieniądze na obcokrajowców. To dziwi i może świadczyć o tym,   że nie jest tak źle z klubowymi  finansami.  Szkoda tylko, że te pieniądze, często wydawane przez miasto,  zapychają kieszenie zawodników zaciężnych, a mogłyby (z miasta powinny!) posłużyć  wspieraniu polskiej młodzieży. Ta jednak idzie w odstawkę. Najpierw na trybuny, by oglądać wcale nie lepszych stranieri, a w konsekwencji zniechęca się, traci motywację, bywa że rezygnuje  z wyczynowego sportu. Perspektywa ulokowania kolejnego pucharu w gablocie jest ważniejsza niż cokolwiek innego.  
 
Leszek Laszkiewicz wraz z trenerem Robertem Kalaberem opublikowali list, by zmienić regulamin ligowy, który ma obowiązywać jeszcze przez następny sezon (po nim w składzie zespołu ma być minimum dziesięciu polskich graczy z pola i  jeden bramkarz, może być na rezerwie),  ale być może regulamin ulegnie zmianom już w nadchodzącym sezonie. Po opublikowaniu listu zaczęło się coś dziać. Nie wszystkie, ale są kluby, które  zaczynają myśleć jak JKH. Oby tak się stało, bo  obecny układ jest porażką całego środowiska. Młodzi zawodnicy, kończący wiek juniora, nie wiążą żadnej przyszłości z hokejem i szukają miejsca w życiu poza nim. A przecież poświęcili tej dyscyplinie wiele lat i tuż przed wejściem w dorosłe życie rezygnują. To bardzo smutne.
 
Po zmianie regulaminu  walka pójdzie na całego o polskich graczy. Już słychać głosy, że jest ich mało i będą windować cenę. Trudno. Działacze sami naważyli piwa i teraz będą musieli go wypić. Bogaty nie będzie się tym przejmował. Pieniądz będzie zawsze rządził, tyle, że teraz trafi na konto  polskiego gracza.  Do przodu będą ci, którzy potrafią (li) zatrzymać wychowanków czy polskich graczy,  z którymi podpisali długoterminowe kontrakty. Niebawem będzie obowiązywać hasło: „kto szybszy, ten lepszy”.
 
Stefan Leśniowski
 

Komentarze







reklama