Tymczasem nasi piłkarze rozczarowali, zawiedli siebie i kibiców, nie spełnili marzeń życia. A miało być jak nigdy, a było jak zawsze. Mecz otwarcia, o wszystko i honor. A więc tak jak w 2002 i 2006 roku. Piłkarze zniszczyli swoje i nasze marzenia. Nawet wygrana z Japonią, z której niewiele wynikło, nie uleczyła kaca, tym bardziej, że sceny w końcówce meczu były żenujące. Nasz problem polegał na tym, że właściwie w żadnym momencie nie byliśmy w stanie narzucił swoich warunków, zresztą w każdym meczu rosyjskiego Mundialu.
Ja miałem to szczęście, że byłem świadkiem sukcesów drużyny narodowej podczas Mundialów w 1974 i 1982. Kiedy stawała na podium, dostarczała kibicom mnóstwo radości i pozytywnych emocji. Były to „brązowe” lata polskiej piłki. Szczególne w tym drugim występie, kiedy ludzie byli szykanowani, kiedy w kraju był stan wojenny, takie sukcesy budowały naród, dodawały mu nowej energii do walki.
Tomaszewski, Lato, Szarmach. Gadocha, Deyna i pozostali z ekipy Kazimierza Górskiego rzucili w 1974 roku na kolana piłkarski świat. Nie tylko wynikami, ale nade wszystko efektownym i radosnym stylem gry. Ci, którzy nie byli świadkami tych wydarzeń, z powodu późniejszego przyjścia na świat, nie znają tego uczucia. Dzisiaj muszą ciągle żyć meczem otwarcia, o wszystko i honor.
Nie mogę się pogodzić ze sposobem, w jakim nasza drużyna przegrała rosyjski Mundial. Bo można dać się pokonać, nazwijmy to, „na swoich warunkach”. Możesz przegrać, a przy okazji zagrać dobry mecz, realizować nakreślony plan, który nie wypalił tylko dlatego, że rywal był sprytniejszy, silniejszy i tego dnia poza zasięgiem. Albo robisz wszystko i zabrakło szczęścia. Dajesz się pokonać, ale nie opuszczasz głowy, bo nie masz powodów do wstydu. Ale ten Mundial był kolejną katastrofą.
Bo biało –czerwonym zabrakło wiele. Radości, entuzjazmu, ale nade wszystko drapieżności, takiej jaką pokazały zespoły, które często się określało z piłkarskiego trzeciego świata. Aż milo było patrzyć z jaką pasją grali piłkarze Maroka, Iranu i Korei ze światowymi potęgami- Hiszpanią, Portugalią i Niemcami. Ile w ich grze było jakości. Widząc ich w tych meczach człowiek zastanawiał się jak biało –czerwoni wypadliby na ich tle w meczach z ekipami z Półwyspu Iberyjskiego. Strach nawet o tym pomyśleć, mając w pamięci lanie od Senegalu i Kolumbii. Dzisiaj ten trzeci świat zrobił ogromny postęp, a my ekscytowaliśmy się ósmym miejsce w rankingu FIFA. Mistrzostwa brutalnie to zweryfikowały. Senegal i Kolumbia pokazały nam inny futbolowy świata, ten świat, do którego pretendowaliśmy, a z którego brutalnie zostaliśmy wyrzuceni.
Motywacja – słowo klucz. Może ci się wydawać, że chcesz osiągnąć kolejny sukces. Możesz dzień w dzień wylewać hektolitry potu na treningu, możesz stosować rygorystyczną dietę, wnikliwie słuchać trenera i jego taktycznych wskazówek. Ale jeśli masz gablotę pełną trofeów, nigdy nie będziesz w stanie odzyskać tej pierwotniej drapieżności, która zaprowadziła cię na szczyt. W dodatku jeśli głowę masz zaprzątniętą myślami, gdzie będziesz grał w nowym sezonie. W takich okolicznościach nie odnajdziesz w sobie pokładów żądzy triumfu. Zwycięstwa w eliminacjach, przychodzące taśmowo, zbyt lekko, nie wymagające nie tyle krwi, ile chciałby potu – to sfera komfortu, w której tracisz czujność i instynkt. Co prawda wszystko działa niemal perfekcyjnie – tak się wydaje – aż do momentu, gdy znienacka działać przestało.
Drużyna Nawałki w Rosji nie pokazała nic, po czym kibic mógłby chociaż na chwilę się uśmiechnąć. Grała bez polotu, spokoju, bez sytuacji, strzałów i lidera. Bez agresji. Po eliminacjach wielu światowych ekspertów widziała w naszej drużynie czarnego konia, a stała się pośmiewiskiem, cyrkowym klaunem. Boli, bo drużyna nie potrafiła skonstruować ani jednej akcji, po której można byłoby powiedzieć, że rywalom stanęło serce.
Zapewne przeciętny kibic zadaje sobie pytanie: czy ta kadra jest naprawdę mocna? Nie patrzmy na ranking, bo wszyscy wiemy jakie on ma znaczenie. Możemy wyjść na wyższy poziom, czy zaczynamy z niego spadać? Nie znam odpowiedzi. Wiem, że jak wyżej wychodzisz, to bliżej jesteś szczytu.
Stefan Leśniowski










