08.05.2018 | Czytano: 15835

Nowy Targ nie lubi futbolu?

Co jest miarą popularności dyscypliny, klubu? Odpowiedź jest banalnie prosta: mierzy się ją ilością sympatyków, ilością kibiców, którzy zjawiają się na meczach swojej drużyny.

Nie ma najmniejszej wątpliwości, że dyscypliną najbardziej popularną jest piłka nożna. Futbolówkę kopie się w wielkich miastach, miasteczkach i wioskach. Kibice z chęcią odwiedzają stadiony - te wielkie i te malutkie, by dopingować swoją drużynę. Tak jest również na Podhalu - w Szaflarach, Białce Tatrzańskiej…, ale nie w 33 – tysięcznej stolicy Podhala. Miejski stadion straszy goliznami. Tej wiosny tylko raz doliczono się ponad 100 kibiców. Tylko raz, podczas otwarcia stadionu, gdy przyjechała Wisła, był zapełniony do ostatniego miejsca. Czy Nowy Targ nie lubi futbolu?

Jest kilka teorii takiego stanu rzeczy. Cześć z nich głosi, że kibic nie przychodzi bo - jest zimno (Karpaty Krosno; 23 osoby), gra się w środku tygodnia, a jak jest pogoda, to kibic spędza czas z rodziną nad wodą, w górach. Wygórowane ceny biletów, poziom reprezentowany przez piłkarzy - to kolejne podawane przyczyny. Każde tłumaczenie nie trzyma się kupy. Dla oddanego klubowego fana takie teorie nie powinny być wymówkami.

Kolejna teoria głosi, że piłka nie ma tradycji w hokejowym mieście. „Tutaj rządzi hokej” – mówią. Łatwo ją obalić. Pierwszą sekcją w KS Podhale była piłka, a nie hokej. Dodajmy ciesząca się ogromną popularnością. Więcej, w latach 70- tych, gdy hokeiści spod znaku szarotki dziewięć razy z rzędu sięgały po mistrzostwo kraju, futbol również miał mnóstwo zwolenników. Piłkarze wtedy walczyli w mocnej krakowskiej klasie A o prawo gry w trzeciej lidze, prawdziwej, bo dzisiaj jest tylko z nazwy, a tak naprawdę jest to czwarty poziom rozgrywkowy. Wały wokół stadionu, bo trybun wtedy nie było, pękały w szwach. Podczas barażowego spotkania z Błękitnymi o wejście do trzeciej ligi nie można było wbić szpilki, tak jak i podczas trzecioligowych spotkań.

– Drużyna była tworzona z najlepszych graczy z Podhala. Byli w niej zawodnicy z Zakopanego, Gronkowa, Nowego Targu czy Czarnego Dunajca. Byliśmy jedną wielką rodziną – wspominał legendarny bramkarz, Jacek Włosiński, piłkarz 30- lecie PPPN w jubileuszowym plebiscycie.

Ligowa przygoda „Szarotek” trwała wtedy tylko rok. Szkoda, a była szansa uratowania ligi. Władze ŁKS chciały, w zamian za reprezentanta Polski Leszka Kokoszkę, zasilić Podhale trójką piłkarzy. Właściciel klubu – Nowotarskie Zakłady Przemysłu Skórzanego – nie poszły na wymianę. Kokoszka po karencji został hokeistą łódzkiego klubu, a Podhale opuściło trzecioligowe szeregi.

Ktoś powie – to odległa historia. No podamy świeżą. W latach 2013 - 15 kibice też nie zawodzili. NKP Podhale walczyło wówczas w piątej i czwartej lidze, a nawet potem w trzeciej lidze, w walce o awans do tejże ligi po reformie. Kibiców nie brakowało. Zapełniona była trybuna i wały wokół stadionu obok lodowiska.

- Wtedy grali swoi, ludzie z Podhala. Na przykład na Gąsiorka przyjeżdżali kibice z Dębna, na innych z okolicznych miejscowości. Dzisiaj niech pan spojrzy na skład, nie ma piłkarza z naszego regionu, a mówi się, że stawia się na podhalańczyków – grzmi Robert Krzystyniak, były piłkarz NKP. I dodaje. – Naszymi chłopakami z Markiem Żołędziem nie mielibyśmy gorszych wyników, ale przynajmniej stadion był pełny. Na pewno więcej serca zostawialiśmy na boisku, więcej dawaliśmy z wątroby, by nie narażać się przy piwku na szydery kumpli, dziewczyn, sąsiadów, bo to oni byli naszymi wymagającymi kibicami.

- Nie zdradziliśmy piłki – twierdzi jeden z kibiców, który nie opuścił żadnego meczu NKP, a dzisiaj nie widuje się go na stadionie. – Kibicujemy nadal, ale naszym kolegom, sąsiadom grającym w innych klubach na Podhalu.

Sporo wody w Dunajcu upłynie, gdy w NKP zagrają wychowankowie z Akademii. Dlatego śmieszą mnie wypowiedzi, w stylu: „chcemy stawiać na zawodników z naszej Akademii, z naszego regionu. Postawą na treningach pokazali, że zasługują na szansę”. Taka informacja poszła w eter, gdy „szansę” dostali – Łukaszczyk i Skóbel. Wpuszczono ich na boisko odpowiednio w 92 i 91 minucie. Znający się na futbolu wiedzą jak taka zmiana się nazywa. Chłopcy wpisali do CV grę na trzecim szczeblu rozgrywkowym, i… tyle. Gdyby mogli pobiegać za futbolówką 15 - 20 minut, to nazwałbym wtedy szansą, bez cudzysłowu. A tak nawet nie zdołali przebiec boiska, zapewne nie dotknęli piłki, nie wspomnę już o tym, że się nie spocili, nie wybrudzili spodenek i koszulek. Po zejściu z boiska nie musieli iść pod prysznic, tylko od razu mogli wskoczyć w cywilne ciuchy.

Włodarze klubu muszą zastanowić się, wyważyć za i przeciw, jak przyciągnąć widzów na stadion. Bo obecny obraz trybun jest przygnębiający.

Stefan Leśniowski
 

Komentarze







reklama