Franciszek Siuta, bo o nim mowa, podczas „walnego” zjazdu PPPN otrzymał Srebrną Odznakę Honorową PZPN, otrzymał tytuł Ambasadora Futbolu Nowosądeckiego oraz złotą oznakę OZPN. To podziękowanie za wieloletnią pracę na rzecz futbolu. Popularny „prokurator” 21 lat pracował w podokręgu, któremu z kolei w tym roku stuknęło 40 lat. Można rzec, że jest chodzącą encyklopedią podhalańskiego piłkarstwa. Pełnił różne funkcje w podokręgu. Był nawet strażą pożarną, gdy trzeba było pełnić obowiązki prezesa po Dariuszu Mazurze. Zawsze obłożony stertą papierów, regulaminów, a najważniejsze paragrafy podkreślone mazakami. Jeśli ktoś czegoś nie wie, to zawsze kontaktuje się z Franciszkiem Siutą. Ten cierpliwie wyjaśnia wszelkie zawiłości regulaminowe, poucza. Podczas „walnego” były kwiaty, pożegnalne upominki i łzy wzruszenia. Nie ma się czemu dziwić, podokręg był jego drugim domem. Kilka dni później okazało się, że „prokurator” nie zrywa z piłką. Dał się jeszcze namówić na współpracę, ale nie w zarządzie.
- Dla mnie podziękowania działaczy i klubów miały ogromne znaczenie – przyznaje. – Wtedy odczuwa się pełną satysfakcję z wykonywanej pracy. Jest potwierdzeniem, że ktoś ją docenił. To była najprzyjemniejsza chwila jaka spotkała mnie podczas 21 lat pracy, a nie była ona wdzięczna. Jak w życiu, nie wszystkim się dogodzi, tym bardziej, gdy wykonuje bardzo niewdzięczną rolę, a często wyroki były surowe. Nic więc dziwnego, że byli niezadowoleni.

- Nadal będzie pan pełnił funkcję „prokuratora”?
- Rzeczywiście nie kończę z piłką. Dałem się jeszcze namówić. Zaproponowano mi pracę w Wydziale Dyscypliny i ją przyjąłem. Obecnie to organ jurysdykcyjny i żaden z członków zarządu nie może w nim zasiadać. Trudno znaleźć ludzi do pracy w tym wydziale, nie wszyscy chcą się narażać. Sypią się zarzuty na nasze głowy, bo ukarani nigdy nie będą zadowoleni, nie zawsze z pokorą przyjmują wyrok. Tymczasem na boiskach i wokół nich dzieje się nieciekawie. Czasem sprawiedliwość jest wymierzana jak w filmach z dzikiego zachodu. Biorą górę nerwy, brakuje zdrowego rozsądku. Gorzej, gdy zawodnicy są podjudzani przez działaczy, bo i takie mieliśmy przypadki. W zakończonym sezonie było kilka nieprzyjemnych spraw. W Sromowcach Niżnych pobito sędziego i mecz został zakończony w 85 min. Jesienią mieliśmy incydent po meczu NKP – Babia Góra. Główną przyczyną jest brak służb porządkowych. Ten bezwzględny wymóg kluby traktują zbyt lekko. Dopiero, gdy coś się stanie następuje reakcja. Oczywiście za brak służb porządkowych kluby są karane. Przez takie zachowania mamy problem z sędziami. Młodzi arbitrzy są zastraszani i rezygnują z prowadzenia meczów. Co roku przeprowadzamy kursy sędziowskie i co roku mamy mniej chętnych.
- Był już pan przewodniczącym tego wydziału, więc nie idzie pan w nieznane.
- Przez 12 lat, od 2000 do 2012 roku, a w ostatniej kadencji byłem jego członkiem i zarazem odpowiedzialny za Wydział Gier. Przez te lata wgryzłem się w przepisy i dlatego postanowiłem pomóc młodszym kolegom.
- Praca w piłce nożnej była pana marzeniem?
- Skądże. Życiem czasem rządzi przypadek. Tak było w moim przypadku, gdy spotkałem w zakładzie obuwniczym Stanisława Korczyka, który był sekretarzem w podokręgu. Wspólnie organizowaliśmy w zakładzie spartakiady. Na głównym energetyku byłem kierownikiem drużyn piłkarskich. Korczyk zaproponował mi pracę w podokręgu, bo brakowało ludzi. W 1995 roku zgodziłem się pracować w Wydziale Gier i Dyscypliny, bo wtedy to było jedno ciało.
- Jest pan chodzącą historią podokręgu, który liczy 40 lat. Podhalańska piłka zmieniała się na pańskich oczach.
- To były dwie różne epoki. Gdy zaczynałem nasza siedziba mieściła się w malutkim pomieszczeniu. Było potwornie ciasno, gdy zbierały się wszystkie komisje. Dokumentacja meczowa była prowadzona w książkach. Czasami prace wykonywano w domu. Najpierw weryfikowaliśmy mecze, a potem karali, bo jeden wydział zajmował się tymi sprawami. W sierpniu 2011 roku pełniłem obowiązki prezesa i wtedy zaczęliśmy wdrażać Extranet, który dzisiaj ułatwia nam życie. Przez pół roku z nowym sekretarzem uczyliśmy się sytemu i sprzątaliśmy bałagan jaki został po prezesie Mazurze. Byli zawodnicy, którzy grali u nas, a widnieli w ewidencji innych podokręgów. Myśmy o tym nie wiedzieli. Kluby twierdziły, że zawodnik jest ich, bo u nich gra, a Extranet pokazywał coś innego. Trzeba było prostować, wyrejestrowywać i na nowo rejestrować u nas. Dlatego wtedy rozgrywki ligowe rozpoczęły się z dwutygodniowym opóźnieniem. Obowiązki prezesa pełniłem do maja 2012 roku, ster wtedy objął Jan Kowalczyk. Po wyborach zostałem szefem Wydziału Gier.

- Ile klubów było zrzeszonych w podokręgu na początku pana dzielności?
- W klasie A występowało 12 zespołów, w B- 10 i były dwie klasy C liczące po 6 drużyn. W tej najsłabszej klasie były ciągłe rotacje. Jedne kluby zawieszały działalność, pojawiały się nowe. W wyższych ligach byliśmy okazjonalnie reprezentowani, najwyżej w okręgówce. Obecnie prowadzimy rozgrywki dla 180 drużyn - 49 seniorskich i 131 młodzieżowych. Tyle aktualnie zgłosiło się do rozgrywek w sezonie 2016/17. Mamy dziewięć zespołów w ligach od trzeciej do piątej, niespotykaną w poprzednich latach. Gdybyśmy nadal prowadzili książki, to trzeba byłoby zatrudnić armię ludzi. Na szczęście teraz są komputery. Łukasz Królczyk dostał do pomocy Bogusia Górnika i praca się przyspieszy. Muszą ogarnąć 90 spotkań w tygodniu, przeanalizować protokoły, sprawdzić czy dane umieszczone w Extranecie przez sędziów są prawidłowe. Czasem zdarzają się pomyłki, gdy występuje to samo nazwisko i imię. Dawniej pisało się Nowak I lub II, teraz podstawą jest data urodzenia.
- Czym dla pana jest futbol?
- Połknąłem bakcyla i trudno byłoby bez niego żyć. Zbliżam się do 70 roku życia i jeśli zdrowie pozwoli, to jeszcze będę pomagał kolegom. Zżyłem się z tymi ludźmi. W końcu jest to mój drugi dom.
Stefan Leśniowski










