24.06.2026 | Czytano: 3878

Maciej Gątkiewicz nie żyje. Człowiek zakochany w hokeju

Hokej, to drugie moje życie – mówi Maciej Gątkiewicz, jedna z najbarwniejszych postaci nowotarskiej hali lodowej. Nie było widza, który nie znałby „Dziadka Karingtona”, bo taki nosił przydomek. Przy hokejowej drużynie Podhala był 57 lat!



 
Niestety więcej go nie zobaczymy na trybunach. Odszedł człowiek, dla którego „Szarotki” były czymś więcej niż tylko drużyną. To była wielka miłości, do klubu., Nie tylko był kibicem, ale także człowiekiem mocno zaangażowanym w życie klubu. Zawsze skory do pomocy.
 
- Były lata, że lodowisko było drugim moim domem – zwierzał się Sportowemu Podhalu. .– Jak tylko zamrożono go w lipcu, to ja nie opuszczałem tego miejsca. Moim obowiązkiem było być na każdym treningu pierwszej drużyny, skontrolować kogo brakowało, jakie warianty ćwiczą... Kiedy złapałem hokejowego bakcyla? Kiedy dostałem wciry od taty, za to, że bez pozwolenia rodziców wybrałem się na decydujący mecz o pierwszym w historii mistrzostwie Polski dla Nowego Targu. Miałem wtedy 8 lat. Romantyczne czasy. Wtedy nie było chyba człowieka w mieście, który nie interesowałby się hokejem. Jak tego nie robił, patrzono na niego podejrzliwie. Przypomnę także, iż był to rok, od którego rozpoczęło się pasmo wielkich sukcesów „Szarotek”. Lata 70-te, to dominacja klubu, który wywalczył dziewięć tytułów z rzędu. Nikt do tego osiągnięcia się nie zbliżył, a co dopiero mówić o wyrównywaniu rekordu, czy pobiciu go. Rzadki to wyczyn. Tak dla ścisłości, tata widząc moje zainteresowanie, w następnym sezonie już kupował mi bilety.

Temu klubowi  oddał serce. Przez te lata był z hokeistami na dobre i na złe, bo w klubie było jak w życiu – piękne chwile i te, o których chciałoby się jak najszybciej zapomnieć.

- Kumplowałem z zawodnikami, którzy występowali w Podhalu i reprezentacji kraju, bo „nasi” w tym czasie stanowili prawie połowę drużyny narodowej. Niektórzy śmiało mogliby występować w NHL, ale polityka tego zabraniała. Co mnie w tych czasach uderzało, to kapitalna atmosfera na nowotarskim lodowisku. Mimo nieraz 30- stopniowego mrozu, a dachu nad taflą nie było, wokół płyty lodowej był komplet widzów.

„Dziadek Karinkton” nie był kibicem tylko meczowym. Nie tylko dopingiem wspomagał swoją drużynę. To  on roznosił plakaty po mieście. Pamiętam jak w grudniu 2007 roku wyjechał na Świętą Bożego Narodzenia do dzieci w Irlandii, to nie miał kto poinformować, iż mecz z Unią rozpoczyna się 2 godziny wcześniej, niż zazwyczaj. Hala świeciła pustkami, a kibice zaczęli się zbierać przed godziną 18, gdy spotkanie dobiegało końca. To „Dziadek” namalował szarotkę na środku lodowiska.

– Pamiętam jak musiałem się uwijać, bo tradycyjnie lodowisko się u nas mrozi na ostatnią chwilę, by uciec przez sikającym wodą wężem. Tafla była już bowiem mrożona. Pomagam także przy reklamach – dodawał.
 
Część jego pamięci
 
Stefan Leśniowski 
 

Komentarze







reklama