Nie tylko on jest rozczarowany postawą Biało – Czerwonych, chociaż te słowa są mocne, bo futboliści częściej nas rozczarowują w XXI wieku. Na pewno boli to, że nasz zespół miał wszystko w swoich rękach. Nie postawił jednak ostatniego, decydującego kroku. Reprezentacja Polski nie wykorzystała gigantycznej szansy, dzięki korzystnemu układowi wyników z dwóch ostatnich dni. Rywale grali dla nas, ale Polacy nie zagrali dla siebie. Polscy kibice hokeja zupełnie inaczej wyobrażali sobie zakończenie czempionatu, tym bardziej, że nowy selekcjoner Pekka Tirkkonen nie da się ukryć, wykonał solidną pracę, ale – niestety - zaprowadziła reprezentację w... ślepy zaułek. Po raz kolejny przyszło kibicom, a także hokeistom ukradkiem ocierać łzy, bo przegrano mecz o przyszłość dyscypliny!
„ Gra o awans do elity to nic innego jak zaklinanie naszej hokejowej rzeczywistości – to słowa Henryka Grutha, pełniącego rolę komentatora Polsatu Sport podczas MŚ Dywizji1A w Sosnowcu. Trudno z tym się nie zgodzić. Przegraliśmy awans do Elity, ale nijak nie pasujemy do elitarnego towarzystwa. Miejsce reprezentacji Polski jest w gronie średniaków i z tym trzeba się pogodzić – taka jest brutalna prawda.
„Mieliśmy w sobie zbyt duży strach. Bardziej baliśmy się przegrać niż chcieliśmy ten mecz wygrać. Moim zdaniem 90 proc. jakiegokolwiek sportu to jest głowa – tłumaczył Tomas Fuczik, najlepszy golkiper turnieju. Sam golkiper nie wygra meczu. Jego fenomenalne interwencje nie pomogły. Zawodnicy z pola zawiedli. Obrońcy popełniali z byt dużo szkolnych błędów. Ta ich gra za własną bramką – to był koszmar. Napastnicy z kolei kreowali mało sytuacji, by zdobyć wystarczającą ilość goli do wygranej. Najwięcej powodów do zadowolenia może mieć Patryk Krężołek, który zdobył 5 goli i miano najskuteczniejszego strzelca. Większość to egoiści, którzy zapominali, że hokej to gra zespołowa.
Trzeba sobie wyraźnie powiedzieć – Biało – Czerwoni nie zagrali dobrych spotkań, nawet jak na swoje możliwości. Byli ociężali, a na palcach jednej ręki można było policzyć składne akcje. Jeszcze jako tako było w meczach, gdy nie byliśmy faworytem, Broniliśmy się, a nikłe przegrane zawdzięczamy głównie świetnej postawie Fuczika między słupkami. Gdy byliśmy faworytem z Japonią i Litwą nie potrafiliśmy kreować sytuacji. Krążek kompletnie nie słuchał naszych graczy, którzy wszystko robili w zwolnionym tempie. To wykorzystywał rywal, by dobrze ustawać się w obronie, zablokować sygnalizowany strzał. Brakowało zaskakujących uderzeń z pierwszego. Nasi nie potrafili podnieć krążka i ulokować go pod poprzeczką nad leżącym bramkarzem, lecz „trzepali” mu parkany. Do tego… Głupie fale osłabiały zespół, które wynikały nie tylko z braku odpowiedzialność, ale także umiejętności czysto sportowych. Nie można liczyć na sukces, gdy w meczu oddaje się zdecydowanie mniej strzałów niż przeciwnik. Nie można wygrać, gdy zdobywa się jedną bramkę.
„Nie potrafimy rywalizować, gdy musimy prowadzić grę. Jesteśmy przyzwyczajeni do gry obronnej i potrafimy dobrze wyprowadzać kontry. Brakuje nam stabilnej gry przez dłuższy czas. Nie mamy technicznej dojrzałości. Z grona konkurentów nasza reprezentacja jest najmniej zaawansowana technicznie i najmniej dojrzała. Oczywiście, w zespole mamy zawodników o wysokich umiejętnościach, ale jako zespół prezentujemy się nieco słabiej” – zanalizował Henryk Gruth.
Wszyscy jarają się poziomem ligi, w której – niestety - główne role grają obcokrajowcy. A my co z tego mamy? Wizytówką jest drużyna narodowa i jej osiągnięcia. W lidze Polacy grają ogony w swoich klubach. Nie grają przewag, osłabień. Na nich nie spoczywa odpowiedzialność za wynik. Wystarczy spojrzeć tylko na klasyfikację kanadyjską po sezonie w PHL, by zdać sobie sprawę, kto ciągnie drużynę. Kto w niej dowodzi. Trudno się dziwić, że zespół narodowy nie miał lidera, który pobudziłby drużynę, poderwał do walki.
Już kilka lat temu biłem na alarm, że z naszym hokejem może być krucho, gdy Polaków zastępowali obcokrajowcy. Wielu rodzimych graczy zrezygnowało wówczas z hokeja, bo musiało ustąpić miejsca stranieri. Na hokejową emeryturę nie odchodzili... emeryci. Stan posiadania się kurczył, kurczył i dzisiaj mamy tego efekt. Mało nas Polaków! Płacimy wysoką cenę za ligę open, którą wprowadziliśmy kilka lat temu. Pomysłodawców już nie ma w hokeju, zaś nowa władza musi się borykać z tym problemem. Przez najbliższe lata, będziemy cierpieć, bo musimy dokonać zmiany pokoleniowej i oby dokonywała się bez spadku do niższej dywizji.
Nie tylko w ekstraklasie, ale także na poziomie młodzieżowym są zawodnicy za wschodniej granicy. Od przyszłego sezonu w każdej drużynie ma być dziesięciu Polaków. Tylko skąd ich wziąć, skoro jest ich mało. Ci, którzy zostali będą windować cenny, bo skąd wziąć nagle dobrych stu Polaków.
Stefan Leśniowski










