28.06.2019 | Czytano: 6080

Klasa A: Czas rozliczeń (podsumowanie + indywidualne statystyki drużyn)

Sezon dobiegł końca. Jak zawsze w takich przypadkach jedni się cieszą, inni musieli przełknąć gorzką pigułkę, w postaci spadku z ligi. Te zespoły mają, nad czym myśleć, by banicja trwała tylko sezon. Jaka była ta nasza liga?

Po raz pierwszy z zakończonych zmagań cieszą się nie tylko w jednej miejscowości. Nie tylko triumfator dostąpił zaszczytu gry w wyższej klasie rozgrywkowej. Reorganizacja ligi okręgowej sprawiła, iż cztery teamy w przyszłym sezonie awansowały do nowopowstałej limanowsko-podhalańskiej piątej ligi. Są to ekipy Jordana, Czarnych, Granitu i Babiej Góry. W takiej kolejności zajęły miejsca.

W sezonie piłkarze zdobyli 762 bramki. Trzy dopisano Granitowi za walkower. Najdłuższą serię spotkań bez porażki poszczycić się może Orkan – 11 spotkań z rzędu w rundzie jesiennej. Z kolei aż 23 spotkania trwała seria Lepietnicy bez zwycięstwa! Sędziowie pokazali 615 żółtych kartek i wyrzucili z boiska 16 zawodników przed zakończeniem regulaminowego czasu. Najwięcej „cytryn” ujrzeli futboliści z Bukowiny Tatrzańskiej (72), najczyściej grali piłkarze z Zaskale (31).


 Ręka trenera
Trener Jordana, Jakub Jeziorski po pierwszej rundzie mówił o niedosycie. Już jesienią było widać jego rękę. Zdołał poukładać klocki i drużyna grała na swoim dobrym poziomie. Z każdym meczem ta układanka lepiej funkcjonowała. Wiosną zakwitła jak owocowe drzewa. Bez wątpienia gwiazdą pierwszej wielkości był Wróbel, nietuzinkowy gracz, najskuteczniejszy, wykonujący stałe fragmenty gry.

– Zadowolony jestem z rundy, ale nie do końca – mówił po pierwszej części szkoleniowiec. – Mieliśmy słaby początek. Od środka rundy wyglądało to bardzo dobrze, szczególnie w końcowych spotkaniach prezentowaliśmy futbol na takim poziomie, jaki chciałem widzieć.

A jak podsumował zdobycie złotej korony? – Gratuluję chłopakom podejścia i spełnienia zamierzonego celu w postaci awansu i przede wszystkim zdobycia mistrzostwa ligi. Naszym celem był awans, a że dołożyliśmy do tego jeszcze mistrzostwo ligi, to radość jest tym większa. Zasłużenie wywalczyliśmy mistrzostwo. Gratuluję postawy i dziękuję chłopakom za podejście do treningów i meczów, bo miało to przełożenie na późniejsze wyniki. Oby tak było dalej. Wiadomo, każdy może powiedzieć, że zawsze mogłoby być lepiej. Pewnie, że może być lepiej. Cieszę się z wyniku i frekwencji. Życzę nam, aby tak to dalej wyglądało w przyszłości. Dziękuję również wszystkim działaczom za pomoc, bo każdy do tego sukcesu swoją cegiełkę dołożył.

A jaki mają cel na przyszły sezon?
– Będzie nowa liga okręgowa. Trzeba najpierw się w niej odnaleźć. Na razie mamy zamiar grać i walczyć. Po pierwszej części następnego sezonu ten cel na pewno się nakreśli. Na pewno chcielibyśmy zaistnieć w okręgówce, a nie tylko awansować i myśleć o tym, jak się utrzymać – podsumował.


Objaśnienia do tabel
: M- ilość rozegranych spotkań; S – schodzący z boiska (zmiana); W – wchodzący na boisko (zmiana); BR – zdobyte gole; A – asysty; PKT – punktacja kanadyjska (gol + podanie); Żk- żółte kartki; Czk – czerwone kartki; MVP - złoty but (klasyfikacja Sportowego Podhala na najlepszego zawodnika sezonu); * - bramkarze (gole stracone), zdarzało się, że między słupkami z musu stawał gracz z pola.

Przez dziesięć lat tak nie pracowali
Czarni po rundzie jesiennej byli na czele tabeli, ale statystycznie niemal w większości przypadków mistrz jesieni nie dojeżdża na czele do mety. Chociaż dość długo prowadził. W ostatnich sześciu kolejkach dostał zadyszki, wygrał tylko raz i tyleż razy zremisował. Zespół opierał się na doświadczonych graczach. Wesołowski, Pająk czy bramkarz Czyż (jesienią) byli jak wino - im starsi, tym lepsi. Wystarczy spojrzeć na tabelę snajperów i… wszystko jasne. Czyż, jako jeden z najstarszych graczy ligi, może pochwalić się zdobyczą bramkową, z… jedenastki. Doświadczonym w zdobywaniu goli sekundował młodzieżowiec Żuchowski, ale tylko jesienią. Niepokorna dusza zgasła w wiosennym słoneczku.

Drużyna z Czarnego Dunajca nie miała jesienią drugiego golkipera. Dlatego sięgnięto po Białorusina, Ilja Slesarczuk zmienił między słupkami Czyża.
– Nie stawiamy sobie żadnych celów – mówił po pierwszej rundzie Stanisław Bandyk  – bo nie ma jednoznacznych powodów, że plasujemy się na pierwszym miejscu. Zaznaczał też, że: – Dziesięć poprzednich lat nie było takich treningów i to przełożyło się na wynik. Nie widzę żadnego innego powodu.

A jakie wrażenia towarzyszą mu po skończonym sezonie?

– Złapała nas na końcu zadyszka z nieznanych powodów. Jednak mimo to w drużynie panuje dobry nastrój, bardzo się cieszymy z tego, co udało się osiągnąć.

A czy Czarni mają trochę niedosyt? – Nie za bardzo, ponieważ nikt nie oczekiwał takiego sukcesu. Uważamy ten wynik za bardzo dobry. Jesteśmy bardzo zadowoleni, aczkolwiek jakieś hasło typu niedosyt może gdzieś się pojawia, natomiast my nie mieliśmy żadnej presji na liderowanie, więc wszyscy jesteśmy bardzo zadowoleni i oby tak było zawsze – podsumował.


 Rok w rok awans
Podopieczni Eugeniusza Gogoli, czyli piłkarze Granitu, świetnie finiszowali. W końcu był to beniaminek i dokonał coś, co rzadko się zdarza – rok po roku awansował wyżej. Jego ekipa po rundzie jesiennej pozostawała w grze o prawo występów w „okręgówce”, ale… Warunek był jeden: nie grać w kratkę. Ścisk w tabeli był ogromny. Szef ocenił jesień na czwórkę z plusem.

– Na tyle nas było stać. Trochę było potknięć. Tradycyjnie z teoretycznie słabszymi gramy gorzej. Zawsze mamy problemy. Z zespołami z czołówki toczymy wyrównane boje – mówił. I dodawał: – Jesteśmy małym klubem i środek tabeli nas zadawala, chociaż cały czas chcemy być lepsi i piąć się w górę. Nie rezygnujemy z awansu, jeśli nadarzy się okazja. Z drugiej strony zdajemy sobie sprawę z naszych możliwości finansowo-organizacyjnych i kadrowych. Na wielkie wzmocnienia nas nie stać.

Cały sezon z pewnością zadowoli nawet te wybredne podniebienia. – Druga połówka bardzo dobra w naszym wykonaniu. U siebie byliśmy trudni do pokonania, słabiej wypadaliśmy na wyjazdach. Skład drużyny nam się trochę mieszał. Nieraz jeździliśmy w jedenastu, nieraz nas było szesnastu. Mimo wszystko dawaliśmy radę. Jak można nie być zadowolonym z trzeciego miejsca? (śmiech) Oczywiście, że jesteśmy z siebie dumni, tym bardziej, iż gramy wyżej – skomentował zawodnik Krzysztof Sarna.


 Zabójcza końcówka sezonu
Po pierwszej rundzie raczej mało kto się spodziewał, że Babia Góra zdoła awansować. Dokonała tego rzutem na taśmę, tylko dlatego, że z trzech drużyn mających taką samą ilość punktów w dodatkowej tabeli lipniczanie byli lepsi od Orkana, w…bramkach. Tym większa jest to niespodzianka, bo w poprzednim sezonie do samego końca walczyli, by wywinąć się ze strefy spadkowej. Po tym jak do zespołu powrócił T. Lach, czołowy snajper, zespól z Orawy miał z górki. Odrabiał straty. W końcówce sezonu w siedmiu meczach odniósł sześć zwycięstw, a raz zremisował.

Emocje po sezonie jeszcze wiszą w powietrzu, bo jak twierdzi Franciszek Skoczyk: – Jeszcze się nie oswoiliśmy (śmiech). Ogólnie jesteśmy zadowoleni, bo cel osiągnięty, aczkolwiek miejsce mogłoby być lepsze, ale krótka ławka była. Trener Grzegorz Szczepaniec zrobił naprawdę dobrą robotę. Chłopaki starali się przez cały sezon. Na wyróżnienie z pewnością zasługuje bramkarz drużyny, Krystian Kobroń – stwierdził.


 Rozczarowana Raba
Pokpili sprawę piłkarze Orkana. Wydawało się, że awans mają w kieszeni, ale to co zrobili w ostatnich czterech spotkaniach – woła o pomstę do nieba. Trzy porażki i zaledwie jedno ostatnie zwycięstwo, i nasłuchiwanie wieści z innych aren. A one okazały się niezbyt miłe. Na pewno największe rozczarowanie.


 Sezon niewypał
Zakopiańczycy (KS Zakopane) w poprzednim sezonie uratowali ligę w barażu. Mimo to, pod Giewontem zapewne wielkie rozczarowanie. Jesień udana, po tym jak zatrudniono piłkarzy z Ameryki Południowej, którzy zmienili oblicze drużyny. To oni dali nowy impuls. Byli jesienią najlepszymi strzelcami – 19 goli łącznie zdobyli, czyli 50% dorobku zespołu. Wiosną już tak dobrze im nie szło. Tych, co odeszli zastąpili inni z kraju kawy. Smak porażki pozostał.

– Sezon niewypał… Aktualnie jesteśmy przybici. Nie zrealizowaliśmy tego, co zaplanowaliśmy. Nie udało się i trzeba zastanowić się, co dalej z piłką w Zakopanem. Aktualnie mamy tydzień na przemyślenia. Mówiąc krótko, trzeba po prostu wyciągać wnioski i zastanowić się nad przyszłością zespołu – stwierdził smutno Andrzej Obstalecki.

Rycerze wiosny
Świetnie radził sobie beniaminek z Ludźmierza. Co należy podkreślić, walczył do ostatniej sekundy w każdym meczu. Wiele razy w końcówkach rozstrzygał losy spotkania. Trener Wojciech Siuta nie był jednak zadowolony z rundy jesiennej. – Liczyłem na więcej – mówił. – Z gry może tak, z punktów mniej. Z drugiej strony, jeśli spojrzymy na tabelę, to nie jest tragicznie.

Czy po ostatnim gwizdku sezonu również był rozczarowany?

– Mieliśmy dwa oblicza. Jedno bezbarwne: 14 punktów jako beniaminek. Drugie o wiele jaśniejsze. Zostaliśmy „Rycerzami wiosny”: na dwanaście spotkań, wygraliśmy osiem, jedno zremisowaliśmy, a w trzech ponieśliśmy porażkę. Dwie naprawdę różne rundy. Czym spowodowane? Na pewno tym, że jesteśmy jedną z najmłodszych drużyn w lidze. Trzon zespołu stanowią zawodnicy z 2001 roku, czyli jeszcze juniorzy. Walczyliśmy o utrzymanie, a na wiosnę, w pewnym momencie, brakło nam czterech punktów do awansu. Nikt po zimie nie dawał nam większych szans, a jednak na wiosnę wygrywaliśmy z czołowymi drużynami, więc myślę, że nie jest źle.

A czy mają jakieś konkretne plany na kolejny sezon? – Dopiero skończyła się runda. Zobaczymy, czy zostanie ten sam skład, czy będę prowadził zespół. O tym wszystkim jeszcze nie myśleliśmy. Chcielibyśmy utrzymać aktualną drużynę, a przy delikatnych wzmocnieniach jest ona w stanie walczyć w nowym sezonie o awans – zapewnił szkoleniowiec.


 Niezaspokojony apetyt
Skalnymi rządzi Andrzej Tylka, na którym można polegać jak na Zawiszy. Sumienny, odpowiedzialny i tego samego wymaga od swoich piłkarzy. W trakcie sezonu miał dni radosne, ale – jak to w piłce – także gorzkie. Cieszyły go wysokie wygrane, ale smuciły nieoczekiwane potknięcia.

– Nie jestem zadowolony z pozycji, którą zajmujemy, aczkolwiek przyczyniły się do tego nie tylko sprawy sportowe, ale zdrowotne – jesienią wyjawiał prezes Andrzej Tylka. – Po koniec rundy nie było kim grać. Zawodnicy z podstawowego składu złapali kontuzje, posypali się bramkarze, którzy wyjechali na zarobek. Bramkarze byli z łapanki. Poziom sportowy moi zawodnicy mają, ale muszą być zdrowi, by był wynik.

Czy taki był? – Nasze apetyty po tym sezonie są trochę niezaspokojone. Szliśmy w stronę czołówki, ale różne przeszkody po drodze nas spotkały. Chłopaków trzeba zdecydowanie pochwalić za grę, bo do końca się starali. Niefortunnie kilka meczów przegrali jedną bramką. Również remisy zaważyły na tym, że nie jesteśmy przynamniej w piątce. Jednak trzeba do tego tematu podejść z ostrożnością i wyrozumiałością, bo taki jest właśnie sport. Chciałbym również pochwalić trampkarzy, bo II lidze, w II grupie, zajęli pierwsze miejsce. Szczególne podziękowania dla trenerów, działaczy i kibiców. Jeżeli ktoś uzna, że prezesowi również należą się podziękowania, to będzie mi niezmiernie miło. (śmiech)

A czy ósme miejsce może zadowolić z takim apetytem na sukcesy? – Takie miejsce raczej nie może zadowolić. Jednak różnice punktowe są niewielkie. Zawodnicy powiedzieli, że w następnym sezonie będą grać z lepszym rezultatem – zakończył optymistycznie prezes Skalnych.


 Grupa sama dla siebie
Zawrat wszystkie spotkania rozgrywa na wyjeździe. W poprzednim sezonie gościli rywali w Nowej Białej, w tym sezonie w Poroninie. Jak na zespół bez „domu” radził sobie bardzo dobrze.
– Wyszliśmy z założenia, że bronimy się przed spadkiem. Dlatego jesteśmy zadowoleni, chociaż zawsze mogło być lepiej – przekonywał w listopadzie Jakub Surma.

W jakim nastroju jest w czerwcu? – Nastrój jest jak najbardziej dobry. Co sezon, jak zaczynamy, to z założenia bronimy się przed spadkiem. Wiadomo, że kilka meczów nam nie wyszło, ale ogólnie jesteśmy zadowoleni. Założenia były takie, jak zwykle: obrona przed spadkiem. Wszyscy spodziewali się awansu, oprócz nas. My nie – skwitował. Skąd taki pesymizm? – Nie mamy boiska. Jesteśmy grupą samą dla siebie. Zobaczymy, co będzie w przyszłym sezonie. Transferów nie planujemy, nikt nie ubędzie, nikt nie przybędzie. Zostajemy w tym samym składzie. Cel na przyszły sezon jest prosty: znowu będziemy bronić się przed spadkiem (śmiech) – stwierdził z radością.


 Utrzymać styl
Marek Żołądź, gdy przejął Lubań, wyciągnął drużynę z ogromnych tarapatów. Musiał budować od nowa ekipę. Jego piłkarze grają ciekawy futbol, operują dobrze piłką. Mankamentem była skuteczność. Józef Chlebek ciągle powtarzał: „mamy mnóstwo sytuacji, ale piłka nie chce wpadać do siatki. Marnowaliśmy setki za setką. Rywal wyprowadzał jedną akcję i… nieszczęście było gotowe”.

– Nie mogliśmy być zadowoleni z pierwszej rundy. Mieliśmy w planach wyższe miejsce niż środek tabeli. Zadowolonym można być z gry. W wielu meczach prezentowaliśmy ofensywny futbol na tak. Kombinacyjny, stwarzaliśmy dużo sytuacji podbramkowych. Jak wygrywaliśmy, to wysoko, natomiast przytrafiało nam się zbyt dużo błędów i przez to traciliśmy bramki. Drużyna może grać lepiej. W Tylmanowej zawsze były ambicje. Może szansa awansu sparaliżowała młodych chłopków. Sama myśl o tym, że jest szansa zablokowała ich. Młodość nie udźwignęła ciężaru – podsumował trener Marek Żołądź.

Jakie myśli mu siedzą w głowie po zakończonym sezonie? – Czujemy duże rozczarowanie. Liczyliśmy na zdecydowanie więcej. Nasz styl gry całkiem dobrze reprezentował się na tle gry czołówki. Jednak wykazaliśmy się wielką nieskutecznością pod bramką przeciwnika, ale i również pod swoją. Bardzo łatwo można było nam strzelić gola. Z drugiej strony nie wykorzystywaliśmy sytuacji do zdobycia bramki. Styl chcemy utrzymać, ale musimy poprawić skuteczność. Już w rundzie jesiennej potraciliśmy mnóstwo punktów i tak ciągnie się ten pech za nami. Liczyliśmy na więcej, ale przeliczyliśmy się. Mamy nową drużynę i będziemy na spokojnie pracować sobie dalej. Nie ma co tutaj za dużo gadać… Po prostu rozczarowaliśmy się – powiedział szkoleniowiec.


 Połączyli siły i zameldowali: wykonaliśmy zadanie
W nienajlepszych nastrojach kończyli jesień podopieczni Jacka Bogaczyka. Beniaminek z Łapsz Niżnych płacił frycowe. Kondycja nie była jego najmocniejszą stroną. Jeszcze do 60 minuty gra mu się świetnie układała. Nawet prowadził, ale po godzinie gry przeciwnicy wbili mu gol za golem.

Wiosną nastąpiło połączenie KS z Błyskawicą Kacwin i klub w nazwie ma teraz GKS. Szkoleniowiec miał więc większą możliwość rotowania składem. Runda była zdecydowanie lepsza, więcej punktów zebrano. – Cały sezon uważam za udany. Przełomowym momentem była decyzja o połączeniu sił z drużyną Błyskawica Kacwin. Pozyskaliśmy cennych zawodników i dzięki temu zdecydowanie poprawiła się nasza jakość na boisku. Pozwoliło to na solidne przygotowanie i korzystne rozegranie rundy wiosennej po niekoniecznie udanej jesieni. Naszym celem było utrzymanie się w lidze – wykonaliśmy zadanie. Planujemy dalej rozwijać się i dostarczać kibicom jak najwięcej pozytywnych emocji. Dziękuję wszystkim zawodnikom za pełne zaangażowanie, kibicom za wiarę w drużynę, działaczom oraz naszemu sponsorowi firmie Ankar Garnitury – podsumował.

Wyjechało pół drużyny
Drugi sezon zawsze jest trudniejszy niż pierwszy w roli beniaminka. O tym przekonali się kluszkowianie. Zapora miała problem z obsadą bramki. Kilka spotkań przegrała przez gapiostwo swojego golkipera. Miała w swych szeregach ciekawego młodzieżowca R. Hagowskiego, który był bardzo groźny ze stałych fragmentów gry. Jako jedyny w lidze trafił do siatki bezpośrednio z rzutu rożnego! Wiosną jednak jego „karabin” ciut się zaciął, ale w najważniejszym meczu o byt się odblokował. Zdobył dwa gole z Przełęczą i rywala zepchnął do klasy B.

– Z postawy zawodników jestem zadowolony, bo mamy bardzo młody zespół. Przeważają roczniki 1997 i 1998. Niezadowolony jestem z wyników, bo wynik nie odzwierciedlał tego, co się działo na boisku – twierdził, po pierwszej rundzie prezes Zbigniew Koczór. – W wielu spotkaniach byliśmy lepsi od rywali, stwarzaliśmy więcej sytuacji golowych, ale przegrywaliśmy w dziwnych okolicznościach. Czy zrealizowali założony plan? – Niestety nie zrealizowaliśmy w tym sezonie tego, co sobie zaplanowaliśmy. Większość zawodników, którzy mieli walczyć na spotkaniach, wyjechali za granicę do pracy. Wyjechało dosłownie pół drużyny. Jedną i drugą rundę graliśmy osłabieni. Goła jedenastka jeździła na mecze, bez rezerwy. Trener był na rezerwie. Chcielibyśmy utrzymać się w A-klasie – dodał.

Szykują się w drużynie spore zmiany kadrowe. – Mamy w planach, aby pozyskać z innych klubów nowych zawodników. Prowadzimy już rozmowy na ten temat, więc wszystko jest na dobrej drodze. Kilku naszych zawodników wróciło już do Polski i w nowej rundzie będą do dyspozycji – poinformował prezes.

Uderzyć się w pierś i zrehabilitować się
Chyba nikt nie przypuszczał, że po dobrym i spokojnym poprzednim sezonie nowe rozdanie będzie jawiło się w szarych kolorach. Łopusznie za dużo łapali kartek, za mało byli przekonywujący pod własną i przeciwnika bramką. Jeden snajper (Sz. Chowaniec) to było za mało. Szkoda Janusza Łojasa, człowieka oddanego klubowi, który każdy mecz bardzo emocjonalnie przeżywa.

– Nie szło nam. Zawiodła skuteczność – twierdził jesienią Janusz Łojas.  Wiosną jednak nie było lepiej, a już w ostatnim meczu chłopaki całkowicie się spalili.  - Krótko i zwięźle mówiąc, nie jesteśmy zadowoleni z ostatecznych wyników. Na przyszły sezon na pewno trzeba będzie uderzyć się w pierś i mocno zrehabilitować – powiedział gorzko. No cóż… Wypada tylko życzyć, by banicja trwała tylko sezon.


 Bez pracy nie ma wyników
Lepietnica - zdecydowanie najsłabszy zespół w lidze. Wygrał tylko jedno spotkanie, a większość przegranych kończyła się hokejowymi rezultatami.

– Duża absencja zawodników na meczach i słabe zaangażowanie w treningi – wyjawia przyczyny słabej postawy zespołu Marek Pranica. – Szczególnie zawiedziony jestem postawą młodzieży. Mam fajnych piłkarsko chłopaków, ale oprócz dwóch, pozostali bardzo słabo angażują się w treningi. To jest efekt takiej, a nie innej postawy mojej drużyny. Marek Pranica ze ściśniętym gardłem gorzko podsumował sezon: – Ciężko ocenić sezon, w którym zdobywa się tylko siedem punktów… Ciężko… Naprawdę ciężko mi cokolwiek powiedzieć…


 Jego smutek w głosie potrafi złamać serce... Nasuwa się pytanie, czy są jakieś konkretne przyczyny, że drużyna zajęła ostatnie miejsce? – Pierwszą przyczyną jest to, że mieliśmy bardzo słabą frekwencję na treningach. Drugą przyczyną jest brak napastnika. Gra w środku pola nie była taka zła. W rundzie jesiennej nie odstawaliśmy od innych pod tym względem. Wiosna to jest inna bajka. Zawodnicy patrzyli jeden na drugiego. Praktycznie każdy odpuszczał niestety treningi. A ta runda? Nie ma naprawdę co oceniać…. Osiemnastu zawodników ubyło w zimie. Rundę wiosenną w większości grali piłkarze, którzy grali w C-klasie. Mimo tego, że był trener, to nie przepracowali zimy. W tej rundzie do udanych można zaliczyć tylko te mecze, gdzie paru zawodników zjechało do Polski. Kompletnie bez treningów i tak lepiej prezentowali się na boisku. Po Adrianie Ligęzie zrobiła się dziura. Ze mną chłopcy nie podjęli treningów, a myślę, że byłyby ciekawe. Nawet obcy trener próbował ich zmobilizować na wiosnę i nie udało mu się. Ostatni mecz wykazał, że potencjał mamy duży, ale bez treningów nic nie ugramy – skwitował gorzko.

Tekst Aneta Opyd i Stefan Leśniowski
Statystyki Stefan Leśniowski
 

Komentarze

zobacz wszystkie tabele
reklama